Blog

IMG 8545

Sydney dnia nastepnego

O naszym pierwszy dniu w Sydney możecie przeczytać we wcześniejszym poście.

Drugiego dnia wstaliśmy rzeźcy i gotowi na kolejny dzień zwiedzania. Mężu poszedł do pracy, a my na śniadanie do Chińczyka (był najbliżej, a i Aluś prosił od dwóch dni o pierogi). Wszystkie te zapachy gotowanych chińskich potraw przypomniały mi klimat naszej podróży przez Chiny… Z napełnionymi brzuchami ruszyliśmy w trasę, tzn. ja pchałam wózek, a Urwisy wygodnie rozsiedzeni zwiezali okolicę. Na dzień miałam głównie zaplanowane Obserwatorium, spacer po starówce The Rocks i przy Operze. Nie było łatwo wtargać wózek z Urwisami na wzgórze, na którym usytuowane jest obserwatorium, ale wysiłek się opłacił. Obserwatorium powstało w 1858 roku i jego głównym zadaniem był dokładny pomiar czasu do wyznaczania długości geograficznej, co w dobie bez GPSa nie było łatwe. Dzisiaj Obserwatorium to museum z używanymi tu wcześniej teleskopami i aparaturą, modelami układu słonecznego. Dla Alusia bajka! Z sali, w której odbywała się projekcja gwiazdozbiorów, nie mogłam go wyciągnąć. Za wejście do Obserwatorium się nie płaci, więc Aluś mógł sobie wybrać coś w muzealnym sklepie. Wybrał świetną książkę o planetach i kosmosie, z którą nie rozstawał się przez ponad tydzień. Na odchodne przeszliśmy się po parku otaczającym Obserwatorium i podziwialiśmy widok, jaki się rozpościera z tegoż miejsca na zatokę i port. Piękny! Woda niebieściutka, pełno pływających statków, jachtów i innch łódek, a do tego ten  masywny most Harbour Bridge. Ma specjalne miejsce w moim sercu. Niezwykła historia budowy i konstrukcja tego mostu, a do tego jeszcze nasze miejsce zaręczyn 🙂

LOlek, jak to często bywa, przespał całą imprezę. Przebudził się w drodze do The Rocks. Jak na australijskie warunki, jest to całkiem fajna, klimatyczna starówka znajdująca się tuż przy zatoce Sydney Cove. Akurat trafiliśmy na market, więc pochodziliśmy sobie wśród różnorakich stoisk z jedzeniem i rzeczami z całego świata powoli kierując się na George Street. Dobiegała pora lunchu z Gosią. Poszłyśmy do pobliskiego food court’u, gdzie chłopaczki wypychając japońskimi pierogami policzki, biegali rozpraszając skupionych robotników z otaczających korporacji.

Pogoda była super, więc po lunchu odprowadziliśmy Gosię do pracy i poszliśmy dokończyć nasz dzisiejszy plan –spacer przy Operze. Po drodze zatrzymaliśmy się na pyszne lody. Dla naładowanych cukrem, spacer tylko do Opery był niewystarczający, dlatego przeszliśmy się też i po wielkim parku Royal Botanic Gardens. Było cudnie.

Cały dzień zleciał bardzo szybko na naszym turystycznym zwiedzaniu. Gdy wróciliśmy do hotelu, by spotkać się z Mężem Urwisy były już całkiem zmęczone i głodne. Złapaliśmy autobus do Chinatown. Prawie w biegu zjedliśmy kolację, bo śpiący chłopcy mieli dosyć już tego łażenia i uprzykszali wieczór wszystkim wokoło.

Tego wieczora znowu wszyscy szybko padliśmy…

IMG_8616

 Bo jutro kolejne zwiedzanie…

 

pin it
Bitnami