Blog

DSC08088

Wielkanocny biwak na Straddie

Planowaliśmy wielkanocny weekend pod namiotem od ponad pół roku. Jest to wysoki sezon turystyczny, więc trzeba było się szybko skonkretyzować co, gdzie i z kim.
Krótko po naszym udanym, choć deszczowym biwaku w Tallebudgera porozsyłałam wiadomości do znajomych biwakowiczów, czy pojadą z nami na wspólne tłuczenie jaj.
Paru odrazu przyłączyło się do pomysłu, a dla części było to tak odległe święto, że nie mieli jeszcze na ten rok kalendarza, by sprawdzić terminy! A przecież czas płynie tak szybko… Szybko dogadaliśmy się co do miejsca biwaku- Adder Rock na północnej wyspie Stradbroke, potocznie zwanej Straddie. Nigdy na niej nie byłam. Ale wiedziałam, że będzie pięknie i super 🙂

Na wakacje pod namiotem zaczęliśmy jeździć po przeprowadzce do Australii. Powoli kompletujemy sprzęt biwakowy, więc coraz wygodniej i chętniej jeździmy. Zaczynaliśmy od $30 namiotu z Aldika typu igloo (nadal żyje) i jednego wspólnego śpiwora. Dorobiliśmy się dzieci, to i namiot dorobił się ‘pokoju’, a po ulewnym biwaku pojawiło się też ‘zadaszenie’
jak i stół. Krzesła nadal od lat te same z Aldika za $10. Żyją, tylko coraz częściej niespodziewanie wbijają się w żebra. Mam nadzieję, że już na następnym biwaku będzie coś wygodniejszego i bezpieczniejszego do siedzenia. I może jakaś kuchenka i bagażnik na dach samochodu i … Dobra, dobra bez rozpędzania się. W końcu nie odrazu Rzym zbudowano…

Tuż przed wielkanocnym weekendem zaczęło lać. Prognoza pogody na kolejne dni wcale nie dodawała otuchy. Trochę cykaliśmy się jechać, bo co jak wstrzymają promy i utkniemy na wyspie na dłużej? Przecież Mężu musiał być we wtorek rano na bardzo ważnym spotkaniu w Sydney… Eee tam, do odważnych świat należy! Spakowani po sam czubek dachu samochodu z zaczepionym skuterem wodnym pojechaliśmy na prom. W kolejce na prom spotkaliśmy Gosię z rodziną. Monika i Karolina były już rozstawione na kempingu, a druga Gosia dojeżdżała wieczorem. Rozstawienie obozowiska poszło nam całkiem szybko i nawet za wiele nie padało. Po godzinach pakowania i rozpakowywania szybko nadszedł czas na wieczorny relax przy browarku 🙂  Trochę porozmawialiśmy, pośmialiśmy się i jeszcze przed 22. byliśmy w łóżkach, a raczej na materacach.

Noc była cicha i ciepła, tylko czasem popadało. Jak to zwykle u mnie bywa, noc dobra, jednak mało przespana, głównie czuwana. Wstaliśmy prawie razem ze słońcem, bo to pojawiło się zza chmur. Zjedliśmy wspólne śniadanie i przebraliśmy się na plażę. Najbliższa do nas była Flinders Beach. Ośmiokilometrowa plaża łącząca Amity Point z Point Lookout, po której można jeździć samochodem z napędem na 4 koła. Jest to trochę ryzykowne plażowanie zwłaszcza z dzieciaczkami. Fale oceanu są tak głośne, że niekoniecznie słychać nadjeżdżające auta. Na szczęście przy naszym kempingu, Flinders Beach kończy się kilkumetrowym skalnym wzgórzem, pod którym mogliśmy rozłożyć koce i lekko schronić się od żarzącego już wtedy słońca.

Mając na biwaku trenerkę personalną nie udało się całkowicie poobijać. Z okazji Wielkiego Piątku przegoniła nas po plaży tak, że wieczorem czułam obolałe pośladki już na myśl o siadaniu. Łatwo nie było w takim ukropie, ale przynajmniej trochę kalorii się spaliło, które można było potem bezstresowo nadrobić lampkami wina 🙂

Po południu każdy poszedł w swoją stronę, więc zabrałam chłopaczków na biwakowy plac zabaw, a po nim poszliśmy wraz z Moniką i przybłąkanymi dziećmi na plażę wypatrzeć spacerujące koale (uwielbiam to na kempingach- czyjeś dzieci się przybłąkują do nas,
a moje do innych). Zdarza się zobaczyć koale na Flinders Beach jak wychodzą z buszu ochłodzić się w oceanie. Podobno niesamowity widok, niestety dla nas nie wyszły. Pospacerowaliśmy, pozbieraliśmy muszelki, dzieciaczki pokopały piłkę i z zaostrzonym apetytem wróciliśmy na kolację przy winku i pogaduchach. Eeeech cudownie, pełen luz blues 🙂

I jeszcze 3dni przed nami :))

pin it
Bitnami